środa, 31 maja 2017

WYKREŚLANKA

Odgadnij nazwy 9 zwierząt, a następnie wykreśl każdą parę tych samych liter, jaką można znaleźć, biorąc pod uwagę wszystkie nazwy zwierząt.
Z pozostałych (pojedynczych) liter ułóż rzeczownik w liczbie pojedynczej. Powodzenia.

1. Modra lub hiacyntowa.
2. Nie pies, ale zwierzę, nierozerwalnie związane ze śpiewającym Szymonem.
3. Albert Einstein stwierdził, że gdy one wyginą, ludzkości pozostanie 4 lata istnienia.
4. Gdy słyszysz jego nazwę, możesz pomyśleć, że ktoś cię pyta o to, czy coś konsumujesz.
5. W Polsce, największy gatunek tego zwierzęcia (jest pod ścisłą ochroną) osiąga ponad 1,5 metra długości. Widnieje m.in. w symbolach aptek.
6. Myśliwy nazywa go, w zależności od wieku, przelatkiem, wycinkiem lub warchlakiem.
7. W powiedzeniu - gdy komuś się szczęści, to mu nawet i ON woły popasie.
8. Jeśli pustynny to fenek.
9. Nazwano go wałęsakiem leśnym, choć bardziej znany jest nie z chodzenia po lesie, a z wygrzewania się na słońcu.


poniedziałek, 29 maja 2017

ETYKA ŁOWIECKA

Foto: Trofeum w jednej z zakopiańskich karczm

Przeglądając strony internetowe, natknąłem się na akcję społeczną "Nie podaję ręki myśliwym" (odsyłacz do strony).
Skłoniło mnie to, do napisania kilku słów w tym temacie.
Z myślistwem miałem styczność praktycznie od pierwszej klasy podstawówki, będąc często w odwiedzinach u kolegi.
W związku z tym, iż jego ojciec pasjonował się łowiectwem, mogłem oglądać dziesiątki poroży i wypchane zwierzęta, umieszczone na ścianach salonu.
Wtedy uważałem taką profesję, za coś niestosownego - chwalić się zabiciem bezbronnego stworzenia?
Z wiekiem zacząłem dostrzegać, że myśliwi to ludzie, którzy poza pasją polowań, w równym stopniu przyczyniają się do poprawy stanu środowiska oraz regulują równowagę w świecie zwierząt, poprzez stosowny odłów i przetransportowanie osobników w inne miejsca, w sytuacji zwiększającej się populacji danego gatunku.
Jak w każdej rodzinie, tak i w braci łowieckiej, znaleźć można czarne owce.
Istnieje bowiem znacząca grupa tzw. weekendowych myśliwych, dla których, nie ma co ukrywać, głównym powodem wstąpienia do związku łowieckiego (zgodnie z prawem łowieckim tylko tak można zostać pełnoprawnym myśliwym) była chęć zaspokojenia własnego "ego" lub/i zarobkowania na polowaniach, pozyskiwania mięsa zwierząt. Nie przejawiają oni większego zainteresowania działalnością non-profit w, szeroko pojętej, gospodarce łowieckiej.
Tu istnieje duży problem etyczny, czy tacy ludzie powinni mieć uprawnienia, skoro nie myślą nawet o ochronie, pielęgnacji, otoczenia leśnego, a skupiają się głównie na czerpaniu korzyści z polowań?
Ideą akcji "Nie podaję ręki myśliwym" jest jednak piętnowanie wszystkich myśliwych, gdyż nikt im nie dał moralnego prawa do zabijania zwierzyny.
Jako końcowe ogniwo łańcucha pokarmowego, staliśmy się obojętni na los naszych "mniejszych braci". 
Polowanie na ptactwo i małe ssaki stało się elitarną rozrywką w świetle prawa.
Podporządkowujemy sobie świat zwierząt, nie bacząc na moralny aspekt działań, a przecież to my zasiedlamy tereny uprzednio zajęte przez dziką zwierzynę.
Powstające osiedla na skajach lasów są tego najlepszym przykładem.
Mimo wielu akcji protestacyjnych, ujawniających i piętnujących bezduszne polowania, nie mam wątpliwości, że łowiectwo, jako gospodarka, jest potrzebne.
Zwalczanie kłusownictwa, usuwanie pułapek na zwierzynę, odłowy zwierząt i ich przesiedlenia, tworzenie osłon lęgowych, zadrzewianie, zakrzewianie, ochrona ludności i mienia przed drapieżnikami - to niektóre sytuacje, gdzie pomoc myśliwego staje się nieodzowna. Jest to o tyle istotne, że tak naprawdę w tej sferze trudno znaleźć jakąkolwiek instytucję państwową, zainteresowaną pomocą w wyżej wymienionych przypadkach.
W nadleśnictwach, jako instytucjach o najbardziej zbliżonym terytorialnie profilu funkcjonowania, nie przewiduje się (w myśl przepisów) miejsca na łowcze działania w tak szerokim zakresie.
Wszelkie uregulowania prawne i zasady etyczne powinny oczywiście skuteczniej eliminować wszelkie patologie, a nie jedynie usprawiedliwiać zachowanie łowczych względami sanitarnymi, niby zabezpieczającymi przed zagrożeniem np. epidemiologicznym ze strony zwierząt.
Wilk, ryś, czy niedźwiedź, to właściwe osobniki do likwidowania słabych i chorych istot leśnych - więcej na ten temat przeczytasz np. tutaj.
Może warto dać im szansę?
Owszem, są niebezpieczni dla ludzi i zwierząt hodowlanych, ale głównie dlatego, że wkraczamy w ich naturalne środowisko. Nasza ingerencja w tereny zielone (wycinka drzew pod drogi i mieszkalnictwo) oraz polowania na zwierzynę, stanowiącą ich pokarm, zmusza tę trójkę zwierząt do wypraw poza obszary leśne. Zatem bez powodu nas nie niepokoją.
Chcąc jednak regulować w inny sposób populację zwierząt, spytam retorycznie: dlaczego psy i koty można sterylizować, kastrować, a takiego dzika już niekoniecznie? 
Bo jego zjadamy? Śmiem twierdzić, że to jest główny powód.
Gdyby dziczyzna nie była jadalna, ilość myśliwych zmniejszyła by się drastycznie.
Odszkodowania, jakie muszą płacić koła łowieckie,  to drugi powód ostrzału.  
Rekompensowanie części strat mięsem dziczyzny i przy okazji likwidowane potencjalnych strat finansowych, wydaje się uzasadniać ekonomiczny powód polowań,  w tym dla obcokrajowców.

Trzeba pamiętać, że dziki też pełnią określoną funkcję w gospodarce leśnej - rozsiewają nasiona kwiatów, użyźniają glebę, zjadają małe szkodniki leśne.

Wracając, zatem, do punktu wyjścia, podzielam wzburzenie autorów kampanii społecznej jako przeciwników polowań i przyznaję rację w większości przypadków.
Łatwiej człowiekowi pozbawić życia bezbronnego zwierzęcia i jeszcze na tym zarobić, niż ponieść większe koszty, by zastosować bezkrwawy wariant regulacji liczebności gatunku.
Póki świadomość ludzka nie dojrzeje do humanitarnych rozwiązań systemowych, jeszcze długo przyjdzie nam przyglądać się temu kontrowersyjnemu hobby, gdzie myśliwi (bez wyrzutów sumienia) fotografują się, z uśmiechem, nad upolowanym trofeum.
Taki obrazek jest chyba najbardziej nieetyczny, niewybaczalny i za takie zachowanie obrywa się myśliwym najbardziej, od obrońców zwierząt, na całym świecie.
Polowanie to coraz częściej bezduszna rekreacja, mająca na celu podbudowanie niskiej samooceny, pokazania swojej wyższości, ważności... tylko wobec kogo? Bezbronnego zwierza? 
Tak zwane elity pasjonują się myślistwem i lobbują, by nie zrywać z tradycją. Tylko, że tradycję tworzą ludzie, to ich wymysł powielany przez lata. Zaprzestanie weekedowych polowań nie uczyni nas gorszymi, bez tożsamości, i nie zostawi nas w kulturowej pustce.

Jak już wspomniałem, nie można jednak traktować działalności wszystkich związków łowieckich jako zła i umniejszać ich roli nawet, gdy myśliwy sięga po broń by zadać szybką śmierć rannemu, męczącemu się, zwierzęciu, czy w obronie ludzkiego życia.
Również polowania w ramach limitu odstrzału, przy zachowaniu stosownej powagi, oddaniu czci padłemu ssakowi, można by było uznać za właściwe, gdy zachwiana zostaje równowaga w środowisku zwierząt, a nie ma szybkiej możliwości przywrócenia jej samoistnie bez narażania zwierząt na np. samosąd ze strony rolników, czy indywidualnych ludzi,...ale to już poddaję indywidualnej ocenie etycznej każdego z was.

sobota, 27 maja 2017

CZAS NA EKSPEDYCJĘ

Foto: Zegarek Timex Expedition TW4B01600

Planując wędrówki leśne, wyprawy górskie, czy rowerowe wypady za miasto, zastanawiałem się często, jaki zegarek spełniał by podstawowe funkcje: wstrząsoodporności, wodoszczelności, wytrzymałości i ciekawego wyglądu (w kolorach lasu) w atrakcyjnej cenie. 
Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że spędziłem wiele godzin na poszukiwaniach takiego egzemplarza przed komputerem.
Albo cena była za wysoka, jak na zegarek wyczynowy, albo wygląd, tarcza (mówiąc kolokwialnie) były brzydkie.
W końcu znalazłem ciekawą serię Expedition od Timexa, a wśród nich model TW4B01600. 
Niebanalne wykonanie, nieszablonowa korona zegarka i chronograf z bocznymi przyciskami, a wszystko zamknięte w szaro-grafitowej obudowie. 
Zielona tarcza z jasnymi indeksami i wskazówkami świecącymi w ciemnościach (fluorescencyjne) oraz brązowy pasek ze skóry naturalnej, idealnie komponuje się do ubioru leśnego, outdoorowego, na wycieczki piesze i rowerowe.
Wodoszczelność 100 metrów gwarantuje bezproblemowe kąpanie się w jeziorze lub w morzu. Najfajniejszym gadżetem jest podświetlenie całej tarczy na zielono (tzw. Indiglo). 
Wspomniałem we wcześniejszym wpisie, że udało mi się zaoszczędzić 200 zł, dzięki wyszukiwarce Ceneo. Oferty cenowe obejmowały przedział cenowy: od 300 zł do nawet 500 zł, stąd taka różnica 
Owszem, miałem pewne obawy zamawiając zegarek, czy nie jest to jakaś wadliwa partia towaru, jednak nie było powodu do niepokoju, skoro sklep znalazłem na wyszukiwarce cen, a tam można dokładnie zapoznać się z opiniami i o firmie, i o produkcie.
Dziś zaglądając na stronę Ceneo nadal różnice w cenie ciągle są takie same - nikt nie śledzi konkurencji? Zatem warto skorzystać. 
Za nieco ponad 300 zł, zakup takiego zegarka uważam za wyjątkową okazję.
 

środa, 24 maja 2017

ETYMOLOGIA NAZWY BLOGA, SYMBOL, LOGO

Większość spraw, które robimy w życiu, służy naszemu rozwojowi.
Dopóki jednak nie poznamy siebie, trudno mówić o realizacji jakichkolwiek celów.
Bez przemyślanych zasad postępowania, dostosowanych do naszych wewnętrznych odczuć i pragnień, a przede wszystkim bez określenia podstawowych celów, nasze życie byłoby jak dryfowanie po morzu na tratwie.
Jeśli jakimś cudem nie utoniemy, to jest szansa, że w końcu gdzieś dopłyniemy, ale to będzie zwykły fart.
Nikt lepiej nas nie nauczy dążenia do celu, jak tylko zwierzęta.
Godzinami mogę patrzeć na ich spryt, przebiegłość, cierpliwość w drodze do zdobycia pokarmu.
Wytrwałość w działaniu niedźwiedzia (BEAR), czy wilka (WOLF), przejawia się również w ich możliwościach wędrownych, przekraczających ponad 20 km dziennie - ja też lubię pokonywać taki dystans pieszo.
Niedźwiedź to dla mnie symbol siły i niezależności, a zarazem zimowego wyciszenia. Moje imię pochodzi z języka celtyckiego, również od słowa niedźwiedź (art/arth; ur - młody). 
Wilka natomiast cenię za cierpliwość, wierność zasadom, sprawną współpracę w grupie, inteligencję.
Każdy z nich budzi respekt, choć jednocześnie fascynuje.
Wiele cech tych zwierząt odnalazłem w sobie, lub stanowią dla mnie drogowskaz w życiu.
Aby zobrazować nazwę bloga, narysowałem profil niedźwiedzia i wilka, jeden na drugim.

Foto: Pierwszy szkic symbolu (sygnetu)

Taki zabieg miał za zadanie stworzyć wrażenie, że moja osobowość jest połączeniem (przenikaniem się) cech obydwu z nich.
Potwierdzenie powyższej tezy odnalazłem również w tzw. czterech chronotypach człowieka.
Oba stworzenia nie gustują we wczesnym budzeniu się do życia, każdego dnia, w przeciwieństwie do delfina, czy lwa.
Nocne życie (wilka), lub sen (niedźwiedzia) zaraz po zachodzie słońca, także występują w moim rozkładzie dnia, w zależności czy to dni robocze, czy weekendowe.
Wizerunek drapieżnych zwierząt umieszczany na różnych gadżetach, czy nawet używany przez wielu ludzi jako tatuaż na ciele, to próba socjotechnicznego wpływu na otoczenie, przez kreowanie się na "groźnego osobnika". W moim przypadku tak nie jest.
Ten symbol daje mi po prostu pozytywny impuls na każdy dzień, by nigdy się nie poddawać.
Pokazuje także moją bliskość emocjonalną z przyrodą, na której ochronę mam zamiar zwrócić uwagę wszystkich odwiedzających blog - niedźwiedź i wilk to gatunki prawnie chronione.


Foto: Pierwsza wersja symbolu bloga w kolorze

Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że droga od laika do grafika jest jeszcze daleka.
Zrobienie powyższej grafiki bitmatowej (rastowej) nie było trudną sprawą i na potrzeby umieszczenia logo w internecie wystarczy.
Jednak, aby móc "rozwinąć skrzydła" promocji, przede mną jeszcze wykonanie logo (symbol + logotyp) w technice wektorowej, czyli takiej, którą można zastosować do zrobienia koszulek, długopisów, naklejek samoprzylepnych, czapek, czy profesjonalnych wizytówek.
Jest to ważne, bo tylko taki rodzaj grafiki można bezkarnie powiększać, zapewniając ciągle doskonałą jakość (nie widać poszczególnych pikseli).
Do zrobienia logo w technice wektorowej nie wystarczy jednak tablet 7 calowy na Androidzie.
Trzeba dokonać wyboru fontów na licencji SIL (OFL), kolorów określonych w RGB, CMYKu, planowanie spadów, jak wyliczyć dpi... .
Kto nie wie o co chodzi, niech się nie wstydzi - ja też musiałem wiele poczytać o technice wektorowej i przygotowaniu projektu do druku (nadruku).
Na dziś nie wiem, czy zlecę to komuś do wykonania, czy sam podejmę wyzwanie, bo nie takie rzeczy ze szwagrem robiliśmy :-)




 Foto: Projekt logo do wektorowej wersji (pionowy i w poziomie).

wtorek, 23 maja 2017

ŚWIADOME ZAKUPY CZYLI DOBRZE MIEĆ WYBÓR

Idąc na zakupy, czy robiąc je przez internet, zawsze najpierw zadaję sobie pytanie: "Do czego jest mi potrzebna dana rzecz ?".
Świadome zakupy oznaczają, dla mnie, kupno takiego artykułu, którego potrzebuję do częstego używania, lub/i podkreślającego i wyrażającego moją osobowość.
Najistotniejszym aspektem jest jednak cena.
Prawda jest taka, że najczęściej płacimy za markę, a nie za jakość towaru.
Analizując kraj pochodzenia towaru, metki przy ubraniach, szybko można się zreflektować, że płacimy za coś, co nawet nie jest dla nas zdrowe. 
My, jednak, zapatrzeni w logo firmy, dajemy się omotać.
Rzadko sugeruję się marką przy zakupie ubrań. Każdy ma rozeznanie w tym, co się dzieje na rynku odzieżowym i umie określić, jaka cena jest do zaakceptowania.
Pamiętam sytuację, gdy w czasach studenckich, kupiłem markową parę spodni w cenie 150 zł. Jakie było moje zdziwienie, gdy po 2 miesiącach spodnie poprzecierały się w kroczu.
Co śmieszniejsze, nosiłem (w tym samym czasie) spodnie w cenie nie przekraczającej 50 zł i wytrzymały przynajmniej 2 lata.
Atrakcyjność ceny w promocyjnych obniżkach typu: "-70% na drugą rzecz" też daje do myślenia.
Czy potrzebujemy nabywać aż dwie rzeczy i czy cena łączna podzielona przez dwa jest naprawdę satysfakcjonująca w porównaniu z konkurencją?
Dla mnie oczywistą rzeczą jest, że największym wyznacznikiem zakupów stanowi cena użytkowa, a nie narzucona przez sklep.
Wolę poszukać konkurencyjnej oferty, która bardziej odpowiada realiom użytkowym produktu, niż przepłacać.
Za zaoszczędzone pieniądze można nabyć dodatkową rzecz z listy marzeń.
W związku z tym, iż najczęściej robiłem (i robię nadal), zakupy przez internet, obowiązkowo czytałem opinie klientów o danym sklepie, w którym pierwszy raz robiłem zakupy.
Zapewne uchroniło mnie to, by nie paść ofiarą słynnej przesyłki z cegłą w środku zamiast kupionego produktu.
Do wyszukiwania odpowiedniej (cenowo) oferty, używam głównie dwóch stron internetowych: aukcje na Allegro i porównywarkę cen Ceneo. 
Zaznaczam, że nie robię tu nikomu reklamy i nikt mi za to nie płaci. Wszelkie opinie opieram głównie na własnym doświadczeniu (z firmami, ich przetestowanymi produktami), dlatego tylko wspomnę (więcej w tym temacie w późniejszym wpisie), że np. dzięki Ceneo zaoszczędziłem ostatnio 200 zł (!) przy kupnie zegarka męskiego, w lutym 2017 r.
Naprawdę, warto mieć wybór.

niedziela, 21 maja 2017

NAUKA POSZŁA W LAS

Foto: Na szczęście to tylko mój fotomontaż

Gdy rozpoczynamy naukę w szkole podstawowej, powoli zapoznajemy się z przyrodą m.in. dzięki wycieczkom klasowym do parków, czy lasów.
Podstawowe zasady zachowania się w lesie są wielokrotnie powtarzane na lekcjach.
Najwięcej czasu poświęca się wówczas zakazom niszczenia i zaśmiecania wszelkiej zieleni. Z biegiem lat doznajemy niestety jakiejś amnezji.
Wszystko, co jest sprzeczne z zasadami, staje się dla nas atrakcyjniejsze, zabawniejsze.
Nie myślimy o skutkach, jakie przynosi niefrasobliwe pozostawienie butelek szklanych, czy wyrzucenie niedopałka w trawę.
Szczytem bezczelności wydaje się być wywożenie do lasu różnych rzeczy z mieszkań (zepsutych i uszkodzonych mebli, armatury, materiałów budowlanych).
Jest to świadome narażanie cudzego zdrowia lub życia. 
Pozostawiona w zaroślach zardzewiała blacha może zranić zarówno ssaki leśne, jak i każdego turystę, czy zbieracza runa leśnego.
Dla większości osób wydaje się, że takie przykłady ich nie dotyczą, że oni tylko(!) wyrzucają ewentualnie opakowania jedzenia i plastikowe butelki po napoju.
Przepisy i regulaminy w zakresie ochrony przyrody nie po to są ustanawiane, by były jedynie straszakiem w postaci groźby otrzymania mandatu za zaśmiecanie (niszczenie) zieleni.
Śmieci to realne zagrożenie dla całego ekosystemu, łatwo ulegającego degradacji, a skutków niektórych naszych zachowań nie możemy tak do końca przewidzieć.
Gdybanie, zatem, o małej szkodliwości wyrzucanych przez nas odpadów, to takie wróżenie z fusów.
Okazuje się, że nawet zwykły sznurek potrafi przyczynić się do padnięcia zwierzyny przez uduszenie, a kawałek papieru może rozniecić potężny pożar.
Przy następnej wizycie na szlaku turystycznym odpokutujmy nasze dotychczasowe błędy i bądźmy przykładem dla innych - nie tylko nie pozostawiając śmieci, ale zabierając ze sobą napotkane odpadki i wyrzucając je do najbliższego pojemnika, kosza na śmieci.

piątek, 19 maja 2017

NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJ

Powyższa sentencja powinna nam towarzyszyć przez całe życie. 
Okazuje się często, że nawet decydujący cios od losu może być na tyle nieudolny, że obrócimy go na swoją korzyść. 
Dlatego też uważam, że życie jest jak partia szachów. Jednym posunięciem można zmienić swój los.
Spróbujcie zatem zgadnąć, jak przegraną liczebnie rozgrywkę, wygrać w dwóch ruchach, będąc "białymi". Ruch należy do "białych".

Foto: Ustawienie do zagadki wykonałem w aplikacji "Chess free" (AI Factory Limited)

czwartek, 18 maja 2017

DRABINA SŁOWNA

Dublet (drabina słowna autorstwa Lewisa Carrolla, twórcy "Alicji w Krainie Czarów") - to diagram, w którym znany jest tylko wyraz startowy i końcowy, a zadanie polega na odgadnięciu pośrednich słów, które muszą się różnić między sobą (po sąsiedzku) tylko jedną literą, np. droga od BREW do IRYS wygląda tak: BREW-KREW-KRES-GRES-GRYS-IRYS.

Na potrzeby niniejszego bloga stworzyłem własną wersję dubletu, bo rozbudowanego o zaszyfrowane słowa i z ukrytym wyrazem końcowym. Zasada "zmiany tylko jednej litery" została zachowana.
Zadanie polega na zamianie liczb tak, aby identycznym cyfrom przypisana była jedna (ta sama) litera, której nie można użyć wobec innych cyfr.
Ukryte pod liczbami słowa to rzeczowniki pospolite, w liczbie pojedynczej, zapisane w języku angielskim, na co wskazuje już wyraz startowy BOAT (łódka).


Rozwiązaniem zagadki jest ustalenie, który z rozszyfrowanych rzeczowników nie pasuje do pozostałej grupy nowoutworzonych wyrazów.

poniedziałek, 15 maja 2017

ZAKOPANE I OKOLICE - W STRONĘ KOŚCIELISKA - 19 czerwca 2011 r.

Foto: Widok na Tatry z centrum Zakopanego (park Równia Krupowa)

Idąc pieszo z centrum Zakopanego w kierunku Kościeliska (droga wojewódzka nr 958), napotkałem ciekawe miejsca.
Pierwszym moim przystankiem był Stary Cmentarz na Pęksowym Brzyzku, który leży przy drewnianym kościele (najstarszym w Zakopanem).
Ze względu na szacunek do zmarłych, nie robiłem tam zdjęć, choć kusiło mnie uwiecznienie grobów takich postaci jak: Kornel Makuszyński, Władysław Hasior (jego pomnik "Płonące Ptaki" jest jedną z wizytówek Koszalina), Tytus Chałubiński, "Witkacy" z rodzicami, Kazimierz Przerwa-Tetmajer i wielu innych.



Foto: "Płonące Ptaki" w Koszalinie

Podążając dalej, po około kilometrze, zobaczyłem ciekawą architekturę domu. Niby w stylu tatrzańskim, jednak jakby przeszedł po nim "halny".

Foto: Willa "Kominiarski Wierch"

Ostatnim punktem wycieczki, najdalej położonym od centrum zakopanego, było Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej, przy ul. Krzeptówki - z kościołem, kaplicą i Parkiem Fatimskim, z ołtarzem przedstawiającym postacie Starego i Nowego Testamentu.
Również tutaj nie robiłem zdjęć ze względu na szacunek religijny, a miejsce warte jest zobaczenia także dla niewierzących, choćby na ciekawą architekturę.
Wracając na kwaterę ujrzałem kolejny "wymysł" architektoniczny - atrakcję turystyczną (płatną) - dom do góry nogami (podobny jak m.in. w Szymbarku, Władysławowie, Kołobrzegu).

 Foto: Dom do góry nogami

niedziela, 14 maja 2017

ZAKOPANE I OKOLICE - KASPROWY WIERCH - 18 i 22 czerwca 2011 r.

Do każdej, dłuższej wyprawy należy się odpowiednio przygotować. Nie tylko pod względem ubioru, ale przede wszystkim poznając szlak wędrówki.
W związku z tym podszedłem, kilka dni przed wyruszeniem na Kasprowy Wierch, do Kuźnic, by zobaczyć naocznie skąd będę wyruszał.

Foto: Kuźnice - widok na kolejkę górską

Kolejki linowej, jako środka transportu na szczyt Kasprowego Wierchu, nie brałem pod uwagę z dwóch powodów. 
Po pierwsze - nie po to przyjechałem w góry, by wszędzie jeździć. Chciałem spędzić dużo czasu z zielenią górską i zrzucić parę kilogramów.
Po drugie - kolejka do kolejki ;-) Nigdy wcześniej nie spotkałem się z sytuacją, by czekać na transport prawie 3 godziny (podobno dłuższe oczekiwanie do kasy biletowej nie jest wcale rzadką sytuacją).  
Pełen obaw o pogodę, wyruszyłem 4 dni później w trasę.

Foto: Dystans do przebycia

Foto: Amatorszczyzna niektórych turystów osłabiła mnie

Pierwsza godzina wędrówki nie jest szczególnie atrakcyjna, bo ciągle idzie się zalesionym terenem. Po tym czasie doszedłem do Myślenickich Turni (stacji przesiadkowej kolejki linowej). 
Dopiero kolejne kwadranse ukazały całe piękno i różnorodność gór.

Foto: Jaworzyńskie Turnie

Foto: Panorama na Zakopane i okolice

Ostatnia godzina wędrówki szlakiem to już zasadnicza wspinaczka w górę, której (jeśli nie ma się problemu z równowagą) warto się poddać, by poznać własne możliwości.

Foto:  Widok na końcowy przystanek kolejki linowej, położony trochę niżej niż szczyt Kasprowego Wierchu

 Foto: Najtrudniejszy, końcowy, odcinek na całej trasie.

Na szczycie góry znajduje się obserwatorium meteorologiczne, a zejście do kolejki linowej to kwestia minut.

Foto: Stacja kolejki linowej. Można kupić coś do zjedzenia, a nawet sprzęt sportowy

Widoki na okolice są naprawdę warte obejrzenia na żywo. Panorama gór, a zwłaszcza widok grani, ciągnących się kilometrami, rozbudza chęci na dalsze wycieczki.

Foto: Widok na Tatry Zachodnie

Foto: Widok na szlak w stronę Świnicy (wschodnia strona)

Zejście z Kasprowego Wierchu od strony Hali Gąsienicowej to zupełnie inny krajobraz. Można zobaczyć stawy, różne wzniesienia obrośnięte roślinnością i na końcu podziwiać malowniczą Dolinę Jaworzynkę, którą doszedłem do Kuźnic.

Foto: Zejście z Kasprowego Wierchu przez Suchą Przełęcz żółtym szlakiem

Foto: Widok na Gąsienicowe Stawy

Foto: Wzniesienia pełne zieleni ubarwiają drogę powrotną

Foto: Widok na Dolinę Jaworzynkę

sobota, 13 maja 2017

ZAKOPANE I OKOLICE - WODOSPAD SIKLAWICA - 17 czerwca 2011 r.

Kilka dni chodzenia po Krupówkach wystarczyło, by rozglądać się już za spokojniejszymi rejonami Zakopanego. Tym sposobem poznałem ciekawą trasę - Drogę pod Reglami. 
Wychodząc poza zgiełk centrum można szybko, bo w pół godziny, znaleźć się na Drodze pod Reglami, której spacerowa trasa ciągnie się od drogi prowadzącej do Kuźnic (dzielnicy Zakopanego), aż po Siwą Polanę, w Dolinie Chochołowskiej.
Cały odcinek można pokonać spacerowo w ponad 3 godziny, a że droga prowadzi głównie obok zalesionych wzniesień, trudno podziwiać górskie krajobrazy. Bardziej widoczne są bowiem obszary zabudowań Zakopanego i Gubałówki (po drugiej stronie ścieżki). Droga pod Reglami ma dość ujednoliconą wysokość i stanowi łatwy do przebycia szlak turystyczny, nawet dla dzieci.
Po godzinnej wędrówce trochę mnie znudziła monotonia widoków. Na szczęście od tej drogi odchodzi wiele tras - do Doliny Białego, Doliny ku Dziurze, Doliny Strążyskiej, Doliny Małej Łąki itd.).

Foto: Drogowskaz na Drodze pod Reglami

Postanowiłem pójść szlakiem na Giewont, Doliną Strążyską. 
W związku z tym, iż Droga pod Reglami graniczy z Tatrzańskim Parkiem Narodowym, wejście na szlak turystyczny (do Doliny Strążyskiej) wiązało się z uiszczeniem drobnej opłaty za bilet wejścia do Parku.
Pierwotnie chciałem spróbować wejść na Giewont, jednak idąc szlakiem i widząc same skały w oddali, zniechęciłem się i myślałem o dojściu jedynie do Wodospadu Siklawica.
Nie, żebym się obawiał wchodzenia przy pomocy łańcuchów, ale zawsze interesowała mnie zieleń, a nie skały - z tego samego powodu nie wchodziłem na Świnicę (wycieczka z dnia 22 czerwca 2011 r.).
Większa część wędrówki do wodospadu nie sprawiała trudności. Szlak prowadził wzdłuż Strążyskiego Potoku i po około 40 minutach byłem już na Polanie Strążyskiej, skąd rozchodziły się szlaki m.in. na Giewont i Siklawicę. 
Ostatni, piętnastominutowy odcinek drogi pod sam wodospad jest kamienisty i to jedyny, mały dyskomfort, który trzeba pokonać. Kamienie potrafią być bardzo śliskie nawet bez padającego deszczu. 

Foto: Kamienista droga do Siklawicy (wodospad w oddali)

Wodospad, jaki jest, każdy widzi (poniżej). Mi osobiście nie przypadł tak do gustu, jak choćby Wodospad Kamieńczyka z Karkonoszy. 
W odróżnieniu od Kamieńczyka, pod Siklawicę można podejść trochę bliżej i zrobić sobie fajne fotki.

Foto: Zdjęcie pod Siklawicą

Wracając na kwaterę, odwiedziłem jeszcze jedną z bacówek zakopiańskich, która usytuowana jest na Drodze pod Reglami.
Można przyjrzeć się stadku owiec, poczochrać pasterskie psy. Warto zobaczyć, jak wyrabia się oscypki i bundz (bunc), skosztować ich oraz kupić, gdy przypadnie komuś ich smak do gustu. ;-)

Foto: W każdej grupie znajdzie się "czarną owcę"

piątek, 12 maja 2017

ZAKOPANE I OKOLICE - SPŁYW DUNAJCEM - 16 czerwca 2011 r.

Kolejną wyprawą poza Zakopane była jedna z wycieczek, jaką wykupiłem w miejscowym biurze podróży za 90 zł. Sprawdziłem, że obecnie kwota ta przekracza już 120 zł.

Foto: Oferta wycieczki

1. Zamek w Niedzicy.

Foto: Widok na zamek z zapory czorsztyńskiej

Gotycki zamek nad jeziorem Czorsztyńskim to ciekawy zabytek Małopolski.
Choć trudno było mi kupić bilet na zwiedzanie wnętrza, bo kolejka do kasy była duża, a czasu do dyspozycji mało, udało mi się dostać do środka "na gapę".
Wymusiła to sytuacja, bo wiele wycieczek zjechało się w tym samym czasie, a zwiedzanie odbywało się o zaplanowanych godzinach. Rozumiem konieczność organizacji i porządku, jednak dla objazdowych wycieczek, takie rozwiązanie jest krzywdzące.
Samo wnętrze zamku warte jest obejrzenia. Różnego rodzaju wyposażenie komnat, w tym meble, makiety, stroje i przyrządy więzienne w lochach, prezentują ciekawą wiedzę historyczną.
Polecam każdemu wejście na górne piętra, by zobaczyć widok z góry na jezioro czorsztyńskie.
Widoki z różnych wysokości na okolicę, spotęgowały (w moich oczach) atrakcyjność, urokliwość tego miejsca.
Półgodzinny pobyt w murach zamku, wystarczył na odwiedzenie wszystkich miejsc bez szalonego tempa i jeszcze szybkie wejście na zaporę wodną, znajdującą się niedaleko zamku.
Niestety 45-minutowy czas wolny szybko minął i musiałem szybko zakończyć zwiedzanie, by udać się do autokaru. 

2. Spływ Dunajcem.


Foto: Podczas spływu Dunajcem


Tak naprawdę to właśnie przepłynięcie tratwą było moim głównym celem wycieczki i czekałem na ten moment z lekką ekscytacją.
Po przyjeździe do punktu startowego (Sromowce-Kąty) zostałem poinstruowany o przebiegu spływu i możliwości użycia kapoku na wszelki wypadek. 
Konstrukcja mojego środka lokomocji nie była zbyt solidna, jak na moje amatorskie oko, ale nikt z płynących współtowarzyszy i współtowarzyszek nie wziął ze sobą kapoku, także i ja zaufałem umiejętnościom flisaków, mimo, iż nie umiem pływać.
Wlewająca się na tratwę woda, w trakcie podróży, miała swój urok.
Podróż wodna do Szczawnicy trwała 2 godziny i okraszona była wieloma żartobliwymi opowiastkami flisaków, także na nudę nie można było narzekać.
Dowiedziałem się przy okazji, że flisakiem może zostać jedynie dorosły (pełnoletni) mieszkaniec Szczawnicy, Czorsztyna, Krościenka i Sromowców (Niżnych lub Wyżnych).
Podczas spływu zrobiono mi zdjęcie z brzegu, jako miłą pamiątkę do albumu (zamówienie na takie zdjęcie składa się na początku podróży).

Foto: Moja pamiątka ze spływu

Widoki na panoramę Pienińskiego Parku Narodowego uzupełniały każdą minutę, gdy zapadała względna cisza. 
Kto by pomyślał, że można z rzeki obserwować szczyty górskie, jak np. widok na szczyt Trzech Koron, Macelową Górę, Siedmiu Mnichów.
Obserwowanie innych tratew na wodzie również było fajnym widokiem i czas, tak naprawdę, upłynął niepostrzeżenie.
W Szczawnicy mogłem zajrzeć do lokalu, który przeszedł "Kuchenne rewolucje" Pani Gessler. Nigdy wcześniej nie byłem w takiej restauracji i, szczerze pisząc, trochę się rozczarowałem dość wysoką ceną w menu i salą bez klientów.
Co śmieszne, tuż po przeciwnej stronie ulicy znajdował się bar szybkiej obsługi, w którym było pełno ludzi.
No cóż, ludzie lgną do tańszych rzeczy, ale nie sprawdziłem, czy chodziło tylko o ceny potraw, czy też może również o jakość.

3. Kościół w Dębnie.

Foto: Krótki opis zabytkowego kościoła

Ostatnim punktem wycieczki był drewniany, XV-wieczny kościół, stanowiący zabytek klasy "0", czyli o szczególnej wartości kulturowej. 
Niestety zabronione było jego fotografowanie od środka. Dobrze,że można było chociaż go zobaczyć na własne oczy.
Ogólnie nie jestem entuzjastą zwiedzania kościołów, ale malowidła i polichromie we wnętrzu, robią wrażenie i warto wpisać ten zabytek na swojej wakacyjnej trasie przejazdowej.
Nie bez powodu został wpisany na listę UNESCO.

Gdybym miał komuś doradzić w kwestii wydania nieco ponad 100 zł na ciekawą wycieczkę, z czystym sumieniem poleciłbym powyższe atrakcje.

czwartek, 11 maja 2017

ZAKOPANE I OKOLICE - OBSERWACJE W CENTRUM MIASTA - 15 czerwca 2011 r.

Foto: Widok na Giewont z tarasu widokowego kawiarni

Właściwie to dzięki 10-dniowej wycieczce krajoznawczej w okolice Zakopanego zrozumiałem, na czym polega fenomen marketingu szeptanego, dotyczącego miejscowości turystycznej.
Przez wiele lat słyszałem tyle miłych wspomnień od rodziny i przyjaciół, którzy byli w Zakopanem, że musiałem ulec sile sugestii. 
Od razu zaznaczę, że nie żałuję podjętej decyzji, a powrót w górskie strony jest tylko kwestią czasu i pieniędzy.
Ale od początku.
Po przyjeździe (w dniu 13.06.2011 r.) na zamówioną kwaterę, pierwsze co mnie pozytywnie zaskoczyło, to bardzo smaczna i miękka woda z kranu.
Po 35 latach życia po raz pierwszy poczułem różnicę w jakości wody, choć do tego czasu byłem w różnych częściach kraju, także w Karkonoszach, i poza granicą Polski.
Cena pokoju z tv i łazienką wyniosła 35 zł za osobę, a że to był okres przed wakacjami, to i cena utargowana ostatecznie spadła do 30 zł za dobę. Pozostałe pokoje, w domku przeznaczonym pod wynajem, były puste aż do mojego wyjazdu w przeddzień rozpoczynających się wakacji, także miałem ciszę w porze nocnej przez cały pobyt.
Idąc w miasto, oczywiście pierwsze kroki skierowałem na ul. Krupówki, bo to serce miasta pod względem zakupowym, konsumpcyjnym i rozrywkowym. 
W pierwszy dzień pobytu tylko przeszedłem tą ulicą, bo na drugi dzień miałem zaplanowany wyjazd do Morskiego Oka, ale kolejny dzień to był już faktyczny wypoczynek w samym centrum Zakopanego.
Charakter tej ulicy nie odbiega od funkcji, jaką spełniają promenady nadmorskie np. w Kołobrzegu, czy Sopocie. 
Tak jak siedzi się przy stoliku i pije piwo lub je lody, patrząc na morze, tak w Zakopanem śmiało można zamówić to samo, patrząc na panoramę gór. 
Nie brakowało również stoisk handlowych, które uginały się od wszelkich pamiątek, ozdób, góralskich produktów spożywczych (np. bundze i oscypki) oraz użytkowych (kapcie, skóry owcze, rzeźby i obrazy tematyczne itp).


Foto: Nie taki niedźwiedź straszny...

Miejscowe handlarki, z wyciągniętymi rękoma, namawiały mnie do spróbowania miejscowych przysmaków serowych, a artyści uliczni uprzyjemniali czas zwiedzającym.
Dało się odczuć, że podczas weekendu rosła gęstość turystów o tych, którzy przyjeżdżali z pobliskich okolic, głównie z Krakowa.
W tym czasie trudno było się dopchać do najtańszych lokali gastronomicznych w centrum miasta.
Co ciekawe, udało mi się odnaleźć wtedy taką jadłodajnię z przystępnymi cenami, która świeciła pustkami, a znajdowała się dosłownie zaraz za zakrętem z ulicą Krupówki.
Dla mnie to była czysta praktyka biznesowa w temacie, jak wielki wpływ ma lokalizacja handlowa na wyniki finansowe firmy. Nawet 50 metrów różnicy potrafi zrujnować cały interes.
Przez wiele dni wracałem na Krupówki, bo zdecydowanie najwięcej tu się działo. 

środa, 10 maja 2017

ZAKOPANE I OKOLICE - MORSKIE OKO - 14 czerwca 2011 r.

1. Morskie Oko.

Foto: Widok na Morskie Oko z Czarnego Stawu

Zaraz na drugi dzień, po przyjeździe do Zakopanego, zdecydowałem się na najłatwiejszy wypad w góry, z racji tego, że dopiero zaczynałem przygodę z Tatrami. Moja kondycja też nie należała do najlepszych, mając wówczas 12 kg nadwagi.
Pierwszym punktem mojej wędrówki po górskim terenie było zatem słynne Morskie Oko - największe jezioro w polskich Tatrach.
Wiedziałem, że trasa jest w pełni asfaltowa i nie grozi mi skręcenie kostki, czy inna dolegliwość - głupio by było unieruchomić się już w pierwszych dniach pobytu w górach.
Z Zakopanego wyjechałem o 8.00 rano busem do Palenicy Białczańskiej (przyjazd w 35 minut - bilet około 10 zł), gdzie rozpoczyna się właściwy szlak pieszy o długości 8 km.
Można także dojechać własnym autem, bo parking (płatny) również jest dostępny na miejscu.
Należy przed wejściem uiścić opłatę za wstęp na szlak - około 5 zł za osobę dorosłą.
Jest możliwość przejazdu części trasy bryczką, ale jest drogo, bo ok. 50 zł "tam" oraz 30 zł "powrót". Dla sprawnych ruchowo nie polecam takiej jazdy, skoro szlak należy do najprostszych, a ok. 2 km przed Morskim Okiem i tak trzeba wysiąść (przystanek: Włosienica), i o własnych siłach dokończyć wyprawę.
Trasa okazała się bardzo dobrze oznakowana - można łatwo zorientować się podczas wędrówki, ile jeszcze czasu zajmie nam osiągnięcie celu.
Poza tym po kilkudziesięciu minutach zacząłem korzystać z oznakowanych skrótów leśnych między serpentynami ulicznymi, by nie tracić czasu na ostrych zakrętach w kształcie litery "U". Chociaż przejścia przez las były wyłożone większymi kamieniami, ale pomagały drewniane poręcze i coraz większa wprawa.
Zacząłem nawet ścigać się z końmi, wożącymi ludzi do Morskiego Oka, tzn. starałem się wejść na leśny skrót przed samym zakrętem, gdy konie też wchodziły w zakręt i zdążyć wyjść z lasu za zakrętem przed zaprzęgiem.
Dzięki temu czas szybciej mijał, a moja umowna rywalizacja sprawiła, że wędrówka stała się bardziej ekscytująca, choć trochę nieodpowiedzialna, bo o kontuzję nie było trudno na kamieniach. Na szczęście obyło się bez skręceń w kończynie.
Im byłem bliżej Morskiego Oka, tym krajobrazy coraz bardziej zapierały dech w piersiach.
Schodząca mgła ze szczytów górskich, czy coraz wyższe partie skalne, ukazujące się zza drzew, zaczęły budzić mój respekt do takiej przyrody.
Warto zaznaczyć, że rozpoczynając trasę miałem na sobie zwykły podkoszulek, a na końcu trasy nieodzowne stało się cieplejsze ubranie - w moim przypadku grubsza bluza, pomimo końca czerwca.
Znaki przy drodze po raz kolejny nie kłamały i na końcu potwierdziło się, że na cały szlak trzeba poświęcić nieco ponad 2 godziny marszu, w zależności od ilości przystanków na konsumpcję, zwiedzanie (np. Wodogrzmotów Mickiewicza) itp.
Nad jeziorem znajduje się schronisko, w którym można się posilić, choć ja skorzystałem z baru na trasie (zaraz za Włosienicą). To była słuszna decyzja, bo nie napotkałem tam kolejki do bufetu, co niestety miało miejsce przy Morskim Oku.
Proponuję, w miarę dyspozycji wolnym czasem, obejść brzegiem całe jezioro - wystarczy jedna godzina.
Choć droga jest kamienista, wędrówka nie sprawia problemu, a widoki z bliska są niezapomniane.

2. Czarny Staw pod Rysami.

Foto: Odbicie skał w tafli Czarnego Stawu pod Rysami

Idąc brzegiem Morskiego Oka, po drugiej stronie jeziora (w stosunku do schroniska), natknąłem się na skręt, prowadzący ku górze. Jak się okazało, niecałe 200 m powyżej Morskiego Oka znajduje się kolejny akwen wodny - Czarny Staw pod Rysami.
Z racji wczesnej godziny i posiadanych sił, postanowiłem poświęcić godzinkę na zejście z wyznaczonej trasy, by zobaczyć ten akwen.
Nie lada wyczynem kondycyjnym okazało się wejście na górę. 
Widok stawu zrekompensował mi jednak trud wspinania się po wysokich, kamiennych schodkach, na których widziałem wielu strudzonych ludzi do granic wytrzymałości.
Warto tutaj nie forsować się i robić sobie przerwy, by mądrze rozkładać siły na dalszą, powrotną drogę.
Załączone zdjęcie najlepiej ukazuje, czego można doświadczyć, podziwiając widok przed sobą.
Pierwsze moje wrażenie, to jakbym patrzył na lunetę z kalejdoskopem w środku (w latach 80-tych były popularne takie zabawki).
Symetria odbicia zieleni i ścian górskich w (gładkiej jak lustro) wodzie była najładniejszym widokiem, jaki widziałem do tamtej pory, ale też i w dalszych wędrówkach.
Tym bardziej polecam zacisnąć zęby i wejść tych kilkadziesiąt schodów więcej, by napawać się krystalicznie czystym widokiem.